Feeds:
Wpisy
Komentarze

Harmonogram prac nad nowym serwisem

Zatwierdzono harmonogram prac nad nowym serwisem Kieleckiego Banku Czasu, który przedstawiam poniżej:

13 kwietnia 2008- ukończenie silnika strony

27 kwietnia 2008 - ukończenie prac nad “surową stroną”

4 maja 2008 - dodanie grafiki, ostatni poprawki i umieszczenie strony na swerwerze.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na nowy serwis, jednocześnie prosząc o wyrozumiałość względem obecnej formy portalu. Prosimy o cierpliwość.

Wartości wyznawane przez nas, nieograniczona możliwość pomagania innym, a także poczucie własnego jestestwa mają się nijak do zabójczego sposobu, w jaki rozporządzamy naszymi pieniędzmi.

“Pieniądze to przedmiot kultu. Błądzimy nieświadomi ceny, jaką przychodzi nam płacić za bezwarunkową ufność pokładaną w wartości pieniądza. Nasz punkt widzenia, intelekt, emocje, zasady moralne, spojrzenie na to, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, ulega zepsuciu dzięki temu, że patrzymy na wszystko przez pryzmat pieniądza.”

EDGAR CHAN

Widząc rozpad społeczeństw, niesnaski rodzinne, sąsiedzką wrogość, niszczone środowisko naturalne – czujemy się bezradni, nie wiemy, jak nazwać te problemy i jak się z nimi uporać. Jedyne, co przychodzi nam do głowy, to skorzystać z powalającej mocy pieniądza, który jest przecież lekarstwem na wszystko. Pozwoliliśmy na to, żeby pieniądze wypaczyły definicję człowieczeństwa, a także ukryte w niej wartości, dzięki którym miliardom ludzi udało się przetrwać. Zniknęło zainteresowanie losem bliźniego, uczenie się na własnych błędach, wspólnota. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafimy podjąć odpowiednich kroków, aby zmienić taki stan rzeczy.

Tak jednak być nie musi. Lokalne społeczności na całym świecie wykorzystują swoje ukryte zasoby, aby stawić czoła nowym wyzwaniom. Od nas zależy to, czy zechcemy dostrzec nasze wewnętrzne bogactwo i zrobić z niego użytek. Jednym ze sposobów są “dolary godzinowe” (Time Dollars) – nagroda za poświęcenie swojego czasu komuś innemu, sposób, któremu nadałem ściślejsze znaczenie w 1980 r. nazywając go także wolnym od podatku środkiem wymiany korzyści płynących z tradycji, odpowiedzialności, działalności na rzecz innych, zaangażowania w rodzinę. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że mój projekt zostanie tak ochoczo podchwycony i znajdzie tak szerokie zastosowanie.

To właśnie te grupy, których praca była niedoceniona, odrzucana, a one same wykorzystywane do niecnych celów, dowiodły użyteczności dolarów godzinowych. Ich członkowie zaczęli postrzegać się jako współtwórcy życia społecznego, biorący udział w wielu jego aspektach i mający wpływ na bieg wydarzeń – wychowanie młodszych pokoleń, sądzenie młodocianych przestępców, edukacja zdrowotna, zagospodarowanie przestrzeni, rozwój społeczny, resocjalizacja więźniów, opieka nad ludźmi starszymi. Istotnym dowodem na użyteczność dolarów godzinowych jest zjawisko uznawane przez wielu za “nieuleczalne” i niereformowalne – edukacja publiczna.

Przywracanie odrzuconych dzieci społeczeństwu
Szkoły w Chicago cieszą się zdecydowanie najgorszą sławą. W 1995 r. burmistrz Daley zlecił naczelnemu urzędnikowi ds. budżetu – Paulowi Vallasowi, reformę systemu szkolnictwa. Osobiście ciężko było mi zrozumieć pomysł Vallasa, który zaproponował wprowadzenie do szkół 10 tys. korepetytorów spoza kadry szkolnej. Badania udowodniły, że korepetytorzy, owszem, pomogą jednostkom, ale nie zmienią systemu nauczania. Lekarstwem okazały się natomiast korepetycje udzielane nastolatkom przez nastolatki – starsze dzieci pracują z młodszymi.
Poprosiłem Vallasa o zgodę na wypróbowanie tej metody w kilku szkołach w Englewood – tych sprawiających największe kłopoty. Englewood od dawna nosi miano strefy prześladowań. Naszym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom, które przejawiały zapał do nauki, tak aby nie dosięgły ich prześladowania rówieśników. Najlepszym rozwiązaniem było zaproszenie do współpracy starszych dzieci. Obecność starszych jawiła się nie tylko jako dobre zabezpieczenie przed ewentualnymi prześladowaniami, ale także pozwalała młodszym dzieciom zdobyć akceptację i – jak się później okazało – pewien rodzaj nietykalności.

Początki były trudne – walczyliśmy z władzami, które widziały w roli korepetytorów tylko najlepszych uczniów. Zdecydowaliśmy się przyjąć każdego. Dzieci, którym spodziewaliśmy się pomóc, podzielone zostały przez reguły systemu edukacyjnego na trzy grupy, m.in. taką, do której zaliczono osoby mające trudności w nauce – wymagające indywidualnego nauczania, poświęcenia dużej dozy uwagi, pomocy przy rozwiązywaniu problemów. Podział ten okazał się dla nas nieprzydatny, gdyż frekwencja była ogólnie wysoka i wynikała z korzystnej oferty, jaką złożyliśmy młodzieży. Obiecaliśmy używany komputer każdemu korepetytorowi, któremu uda się poświęcić sto godzin swojego czasu pomagając innym dzieciom, czyli – jak to umownie nazwaliśmy – zarobić owe sto godzinowych dolarów. Jedna godzina nauki równa się jednemu dolarowi godzinowemu (waluta utworzona na potrzeby tego eksperymentu). Rząd nie nakłada podatku na walutę, która przeznaczona jest tylko do niesienia pomocy innym i zawiera moralne zobowiązanie do odwdzięczenia się. Dla Urzędu Skarbowego zwykłe moralne zobowiązanie podlega pod opodatkowanie nie bardziej niż sterta gruzu.
Na wielu dzieciach, które zgłosiły się jako wolontariusze, system edukacji już dawno postawił krzyżyk – określono ich jako niezdolnych do przyswojenia wiedzy (żeby nie powiedzieć głupich). Dzieci te doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Decyzja o przyjęciu wszystkich zainteresowanych na stanowisko korepetytorów okazała się błogosławieństwem, chociaż nie możemy sobie przypisać tej zasługi. Ci dziecięcy korepetytorzy, których szacunek wobec samych siebie praktycznie nie istnieje, patrzą na pracę domową swoich młodszych kolegów i widzą, że jest to dla nich bardzo proste zadanie. Nabierają przekonania, że skoro sami potrafią ją wykonać, to potrafią to także inni. Rezultatem owego spostrzeżenia jest to, że oczekują czegoś więcej od swoich uczniów – wyżej stawiają im poprzeczkę.

Należy pamiętać, że ci młodzi korepetytorzy byli odrzuconymi dziećmi i nagle stali się nauczycielami. W dodatku posiadają coś, czego brak prawdziwym nauczycielom – są starszą młodzieżą. Każdy dzieciak łaknie akceptacji i aprobaty od osobników niewiele, ale jednak starszych od siebie. Starsi uczynili z nauki zabawę. Od władz szkolnych dowiedzieliśmy się, że od czasu zastosowania tej metody frekwencja w szkołach znacząco wzrosła. Dzieci zaczęły przychodzić do szkoły, aby udzielać korepetycji lub z nich korzystać.

Pracę starszych możemy rozpatrywać na dwóch poziomach. Po pierwsze, akceptacja rówieśników pojawiała się automatycznie. Ustały drwiny i szykany kierowane pod adresem bystrych uczniów, przezwiska straciły swoją moc, gdyż pojawiło się coś ważniejszego – lepsze stopnie oznaczały aprobatę i przyjaźń starszych kolegów. Po drugie, prześladowania i bójki przestały mieć miejsce. Spodziewaliśmy się, że młodzi korepetytorzy nie będą zaczepiać własnych uczniów, ale nie przewidzieliśmy tego, iż nie pozwolą robić tego także innym. Nauka oznaczała ochronę. Niezłe, prawda?

Na tym nie koniec. Kilku starszych uczniów, mających do tej pory kłopoty z nauką, zaczęło otrzymywać pierwsze w życiu dobre stopnie. Starsze dzieci nie tylko ugruntowały swoją wiedzę, ale także uczyły się ról mediatorów, wymyślały programy mające na celu zachęcenie innych do nauki. Te umiejętności okazały się przydatne także w innych sytuacjach.

Widząc rozpad społeczeństw, niesnaski rodzinne, sąsiedzką wrogość, niszczone środowisko naturalne – czujemy się bezradni, nie wiemy, jak nazwać te problemy i jak się z nimi uporać. Jedyne, co przychodzi nam do głowy, to skorzystać z powalającej mocy pieniądza, który jest przecież lekarstwem na wszystko. Pozwoliliśmy na to, żeby pieniądze wypaczyły definicję człowieczeństwa, a także ukryte w niej wartości, dzięki którym miliardom ludzi udało się przetrwać. Zniknęło zainteresowanie losem bliźniego, uczenie się na własnych błędach, wspólnota. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafimy podjąć odpowiednich kroków, aby zmienić taki stan rzeczy.

Tak jednak być nie musi. Lokalne społeczności na całym świecie wykorzystują swoje ukryte zasoby, aby stawić czoła nowym wyzwaniom. Od nas zależy to, czy zechcemy dostrzec nasze wewnętrzne bogactwo i zrobić z niego użytek. Jednym ze sposobów są “dolary godzinowe” (Time Dollars) – nagroda za poświęcenie swojego czasu komuś innemu, sposób, któremu nadałem ściślejsze znaczenie w 1980 r. nazywając go także wolnym od podatku środkiem wymiany korzyści płynących z tradycji, odpowiedzialności, działalności na rzecz innych, zaangażowania w rodzinę. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że mój projekt zostanie tak ochoczo podchwycony i znajdzie tak szerokie zastosowanie.

To właśnie te grupy, których praca była niedoceniona, odrzucana, a one same wykorzystywane do niecnych celów, dowiodły użyteczności dolarów godzinowych. Ich członkowie zaczęli postrzegać się jako współtwórcy życia społecznego, biorący udział w wielu jego aspektach i mający wpływ na bieg wydarzeń – wychowanie młodszych pokoleń, sądzenie młodocianych przestępców, edukacja zdrowotna, zagospodarowanie przestrzeni, rozwój społeczny, resocjalizacja więźniów, opieka nad ludźmi starszymi. Istotnym dowodem na użyteczność dolarów godzinowych jest zjawisko uznawane przez wielu za “nieuleczalne” i niereformowalne – edukacja publiczna.

Pozyskiwanie rodziców

Wielu rodziców z Englewood kojarzyło wezwanie do szkoły z czymś nieprzyjemnym – wiązało się to z ich osobistymi wspomnieniami, a także z doświadczeniami nabytymi podczas życia szkolnego ich dzieci. Zasady uczestnictwa w programie dolarów godzinowych wymagały zaangażowania ze strony rodziców. Żadne dziecko, które “zarobiło” sto dolarów nie mogło otrzymać obiecanego komputera, dopóki jego rodzice nie zarobili kolejnych ośmiu wykonując prace na rzecz szkoły. Uwierzcie mi, żaden z rodziców nie zaznał spokoju, dopóki nie wykonał swojej części zadania. Jednak radość rodzicielskich twarzy i wyraźna duma ze wspólnego osiągnięcia, jakim był komputer mówiły same za siebie. Jedna z matek w rozmowie ze mną zdradziła, że do tej pory wzywana była do szkoły tylko po to, aby dowiedzieć się o wybrykach swojego dziecka. Zawsze obawiała się tych wizyt. Obecnie przychodzi tu i z dumą obserwuje, jak jej dziecko pomaga młodszym.

Matka jednego z uczniów zmarła zanim udało mu się zapracować na wymarzony komputer. Pozostały mu tylko dwa miesiące do osiągnięcia upragnionego celu. Chłopiec był tak zdeterminowany, że rozpoczął poszukiwania ojca (nie widział go sześć lat), aby ten dokończył rodzicielską część zadania. Ojciec, dumny z tego, że może pomóc synowi, zarobił brakujące dolary godzinowe. I na tym nie poprzestał – postanowił sprostać obowiązkom rodzica i zaopiekował się swoim dzieckiem.
Podczas pierwszego roku trwania eksperymentu, w wojnie gangów zginął nasz uczeń. Jego rodzice poprosili nas o dwie rzeczy – chcieli, aby wszyscy wiedzieli, że był jednym z korepetytorów, że uczciwie zarabiał, aby zdobyć komputer. Byli pewni, że tak właśnie chciałby być zapamiętany. Prosili także o to, abyśmy pozwolili ich młodszemu synowi dokończyć dzieło starszego. Pragnęli, aby młodszy syn przejął w spadku zarobione przez brata pieniądze i aby swoją pracą dokończył podjęte zobowiązanie. Ciężko stwierdzić, co wzruszyło nas bardziej – triumf czy rozpacz rodziców.

Komputer nie jest tu jednak po prostu nagrodą – tkwi w nim głębszy sens. Zebraliśmy stare komputery z ośrodków wojskowych, agencji ubezpieczeniowych, kancelarii adwokackich i wielu innych instytucji, które pozbywały się starego sprzętu komputerowego. Te bezużyteczne komputery pomagają budować most pomiędzy tymi, którzy już je mają, a tymi, którzy bardzo chcieliby je mieć.

Prawdziwą nagrodą nie jest komputer, ale przesłanie zawarte w całym eksperymencie – “Pomagając innym, tworzysz dla siebie lepszą przyszłość”. Jednocząc odrzucone dzieci i ich rodziców za pomocą starych komputerów, poprzez całą akcję tworzymy prawdziwe społeczeństwo nieznające ograniczeń. Dzieci, komputery i rodzice to machina napędowa całego eksperymentu.

Program dolarów godzinowych skupiał się nie na tym, czego w społeczeństwie brakuje, ale na tym, co w nim jest, z czego możemy zrobić użytek. Dzieci nie były tu materiałem do selekcji, przedmiotem naprawy, handlu. To one były producentami, zarządcami, nauczycielami, mentorami. Zapewniono im uczciwą transakcję: komputer – symbol aprobaty i akceptacji tak dla nich ważny, że stawały na głowie, aby pozyskać rodziców dla akcji, a także nowych przyjaciół – korepetytora, który był ich przewodnikiem lub ucznia, nad którym rozciągali opiekuńcze skrzydła. Program ten pozwolił wydobyć z ludzi ich wewnętrzne bogactwo – z ludzi odrzuconych przez własne społeczeństwo.
Program ten nie został stworzony tylko dla dzieci. Dowodem na to jest historia dwojga emerytów mieszkających w tym samym bloku, którzy bez dolarów godzinowych pewnie nigdy by się ze sobą nie zetknęli. Obecnie wykonują drobne naprawy pewnej uroczej staruszce, która odwdzięcza się im sytymi posiłkami serwowanymi na swoim najlepszym serwisie porcelanowym. Siedząc przy nakrytym stole często żartują, że taki posiłek chroni ich przed stołowaniem się w McDonaldzie.

Do utworzenia dolarów godzinowych skłoniło mnie wewnętrzne przekonanie, że w ludzkości drzemie ogromny potencjał. Musimy nim dobrze pokierować wypełniając zadania niezbędne do utrzymania naszego gatunku przy życiu – musimy wychowywać dzieci, współtworzyć społeczeństwo, opiekować się starszymi. Musimy odrzucić prywatę na rzecz zaufania, wzajemnych działań, osobistego zaangażowania. To właśnie chciałem osiągnąć.

W poszukiwaniu zapomnianych wartości

Prawdą jest, że pomysł dolarów godzinowych narodził się pod wpływem gniewu. Uznałem, że nadszedł czas, aby wykonać pierwszy krok na drodze do lepszego, wspólnego jutra. Koniec z wyobcowaniem, z rezygnacją z życia rodzinnego i sąsiedzkiego na rzecz chorej pracy dla wszechpanującej Królowej Mamony. Jej miejsce należy się rodzinie, wspólnocie ludzkiej.

Program dolarów godzinowych pozwala nam spojrzeć z boku na to, jak bardzo pieniądze zawładnęły naszym światem. Pieniądze wypaczyły nasz pogląd na innych ludzi, na ludzką naturę, na wartości etyczne. Spojrzenie z boku pozwala dostrzec, jak dalece pieniądze ingerują w nasze życie, do jakiego stopnia manipulują nami.

W świecie niespotykanych możliwości technicznych nie musimy się godzić na deptanie ludzkości, jakiego ciągle doświadczamy. W świecie, który ceni etykę pracy i samą pracę, możemy wykorzystać każdą jednostkę do tworzenia wspólnego dobra. W takim świecie każdy z nas ma prawo nieść pomoc innym, krzewić dobro, a także rozwijać się. Nadszedł czas na ponowne narodziny świata, w którym wszelkiego rodzaju cierpienie nie będzie miało miejsca.

tłum. Katarzyna Mituta

Artykuł pierwotnie ukazał się w piśmie “Yes! Magazine” nr 23, jesień 2002. Przedruk za zgodą redakcji.

Za pismem: Obywatel nr 4/2003

“Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę z posad Ziemię” – wołał Archimedes 2200 lat temu. Dajcie mi odpowiednie narzędzia, a przy użyciu dostępnej energii dokonam więcej niż można sobie wyobrazić – marzy wielu z nas.

Gdy zetknęłam się po raz pierwszy z ideą Banków Czasu, wydawała mi się ona sympatyczną wymianą usług sąsiedzkich. Prawdopodobnie odłożyłabym ją na półkę, ale los kazał mi się z tym tematem lepiej zapoznać. Kolejne przeczytane artykuły, kolejne historie odsłaniały moim oczom pełne różnorodnych możliwości narzędzie do budowania prężnych społeczności lokalnych, do wzmacniania jednostki dzięki włączaniu jej w dobre związki z innymi ludźmi.

Piszę ten artykuł ze świadomością, że przekazane tu treści ukażą jedynie część potencjału, jaki stwarzają Banki Czasu. Potencjału, który istnieje, a który nie miał do tej pory możliwości zaistnieć.

Bank Czasu?

Pierwszy bank czasu powstał w 1980 roku, kiedy to amerykański prawnik Edgar Cahn, nie chcąc dłużej zgadzać się “z wyobcowaniem, rezygnacją z życia rodzinnego i sąsiedzkiego na rzecz chorej pracy” dla pieniędzy, wymyślił i wprowadził w życie pomysł, który wspierał rodzinę, sąsiedztwo i lokalne społeczności. Obecnie Banki Czasu działają w USA, Wielkiej Brytanii, Chinach, Japonii, Słowacji…

Na pierwszy rzut oka Bank Czasu to grupa ludzi, którzy chcą nawzajem świadczyć sobie usługi. Ludzie mają różnorodne umiejętności, potrafią robić wiele rzeczy. Wszystkie te umiejętności i oferowane usługi są zapisywane w komputerze, często udostępniane publicznie w formie ogłoszeń lub gazetki.

Jeżeli udzielamy pomocy członkowi Banku Czasu, każda godzina naszej pracy jest zapisywana na osobistym koncie, powiększając jego stan. Natomiast każda godzina przyjętej od kogoś pomocy pomniejsza nasz rachunek. Różnorodność oferowanych usług pozwala oczekiwać, że znajdzie się ktoś, kto kiedyś wyświadczy nam usługę, która będzie nam potrzebna.

Obowiązuje tu zasada, że godzina dowolnej pracy na rzecz członka Banku Czasu jest równa godzinie każdej innej pracy. Do tej wymiany nie są potrzebne pieniądze, gdyż w Banku Czasu za nic się nie płaci. Doświadczenie pokazuje, że ludzie włączający się do Banku Czasu rzetelnie wykonują swą pracę, nie przedłużają czasu ponad miarę. Dzieje się tak dlatego, że większość uczestników chce dawać innym swój czas. Nad wszystkim czuwa koordynator programu, który sprawdza, czy obie strony są zadowolone. Najczęściej Banki Czasu używają do swojej działalności biura z telefonem i komputerem do rejestrowania wymiany na kontach członków przedsięwzięcia. Często Bank Czasu jest prowadzony przez zatrudnionego w tym celu koordynatora, a czasem członkowie dzielą się jego obowiązkami – wówczas działanie Banku Czasu nie wymaga opłacania etatu.

Czym różni się Bank Czasu od wymiany usług na zasadzie barteru, a czym od kupowania usług za pieniądze? – spytacie. Otóż: kupowanie usług za pieniądze, jak i barter usług charakteryzują się tym, że każda usługa jest wyceniania – ma określoną wartość pieniężną. Osoba, która przyjmuje usługę, zobowiązana jest do uiszczenia zapłaty dostawcy usługi w formie pieniędzy lub innej usługi. Wartość tej zapłaty musi być równa wartości wykonanej usługi. W Bankach Czasu nie ma wyceny usług, nie jest on bowiem typowym barterem i powinniśmy raczej spojrzeć nań jak na grupę ludzi, którzy chcą pomagać sobie nawzajem, oraz tym, którzy w danej chwili potrzebują pomocy. Zapisywanie wypracowanych godzin na indywidualnych kontach to raczej taka forma społecznego ubezpieczenia: gdy będę w potrzebie, to inni członkowie Banku Czasu pomogą mi dając mi swój czas i umiejętności. W Bankach Czasu często są osoby, nie wykorzystujące wypracowanych godzin – przyszli tam, by dawać. Są też tacy, którzy z przyczyn zdrowotnych tylko przyjmują pomoc. Jest dobrze, gdy zostanie znaleziona możliwość, aby mogli się odwdzięczyć – nie zawsze tak się jednak dzieje.

Pojawia się wątpliwość, czy uczestnicy Banku Czasu nie będą oszukiwali, określając czas wykonania danej pracy jako dłuższy, niż faktyczny. Takie odosobnione przypadki mogą się pojawić. Ale rolą koordynatora i innych uczestników Banku Czasu jest, aby osoby nadużywające zaufania upomnieć, a w ostateczności – wykluczyć z grupy.

Sąsiedzkie banki czasu

Często żyjemy bardzo anonimowo: samotni w tłumie podobnie samotnych ludzi. Sąsiadów z klatki schodowej znamy tylko z widzenia. Do ludzi nam obcych nie mamy zaufania. Dochodzi do zamierania społeczności lokalnej. W zamian powstaje zbiorowisko obcych sobie ludzi, którzy nie są zdolni do wspólnego działania. Większość z nas pogodziła się z faktem, że przy braku środków w portfelu, w budżetach gmin i miast skazani jesteśmy na szpetne otoczenie i usługi miernej jakości lub ich brak. Nieśmiałość oraz nieobecność w naszym otoczeniu bliskich ludzi, do których bez skrępowania możemy się udać po pomoc, czyni nasze życie trudniejszym i opróżnia nasze portfele.

Wiele Banków Czasu powstało jako sąsiedzkie sieci pomocy i wzajemnego świadczenia sobie różnorodnych usług. Dla członków Banku Czasu przestaje być problemem wyprowadzenie psa w czasie choroby czy opieka nad dziećmi, gdy trzeba coś nagle załatwić. Łatwiejsze staje się dowożenie i przywożenie dzieci ze szkoły. Członkowie sąsiedzkich Banków Czasu rzadziej wydają pieniądze na fryzjera, lekcje gry na instrumencie, lekcje języka, masaż. Drobne usługi hydrauliczne, remontowe wyświadczy im lokalna “złota rączka”.

Często nie chcemy przyjąć od kogoś pomocy, bo nie umiemy robić nic, czym moglibyśmy się za nią odwdzięczyć. Bank Czasu pozwala rozwiązać ten zasadniczy problem. Nasze umiejętności nie są przydatne pani, która uczy nas angielskiego. Skorzysta z nich krawcowa, która z kolei dopasuje spodnie młodemu człowiekowi. On natomiast będzie kosił trawnik pani, która nas uczy angielskiego. Kółko się zamyka.

W trakcie pomagania innym ludzie poznają się nawzajem, nawiązują bliższe znajomości, czasem przyjaźnie. Bez skrępowania mogą poprosić o przysługę, gdyż zrewanżują się w wolnej chwili i w dziedzinie, która jest dla nich przyjemna. W czasach dużego bezrobocia wiele osób w celach zarobkowych wykonuje zajęcia, które nie dają im żadnej satysfakcji, są mechaniczne, a jedyną ich zaletą jest to, że przynoszą dochód. W takiej sytuacji Banki Czasu dają ludziom możliwość wykonywania pracy, która daje im duże zadowolenie. Dlaczego? Powód jest prosty. Wielu ludzi nie stać finansowo na nasze usługi, więc w tym kontekście są one zbędne, skorzystają z nich natomiast z radością, jeżeli będą mogli odwdzięczyć się swoim czasem. Bank Czasu zbiera informacje o potrzebach i umiejętnościach swych członków oraz łączy odpowiednie osoby w bezpieczny sposób.

Juniorzy i seniorzy

Chicago stanęło przed poważnym problemem – problemem niskiego poziomu nauczania w szkołach. Pierwszym pomysłem osoby za to odpowiedzialnej było zatrudnienie tysięcy korepetytorów, którzy mieli pomóc dzieciom na zajęciach indywidualnych. Pomysł był drogi i – najprawdopodobniej – na krótko skuteczny, gdyż skupiał się na skutkach, pomijając przyczyny. Edgar Cahn podsunął inną ideę. W najgorszych szkołach Chicago ogłoszono, że starsi uczniowie mogą wziąć udział w akcji uczenia kolegów z niższych klas. Za 100 godzin poświęconych na pomoc w nauce młodszemu koledze, “korepetytor” dostanie używany komputer, pod warunkiem wszakże, że jego rodzic czy opiekun przepracuje 8 godzin na rzecz szkoły, np.: przy pilnowaniu spokoju w trakcie uczniowskich korepetycji. Takim “korepetytorem” mógł zostać każdy chętny, nawet, jeśli został przez nauczycieli zaliczony do grona “nieuków”. Efekty tego eksperymentu przeszły oczekiwania. Młodsze dzieci poprawiły swoje wyniki w nauce – tego się spodziewano. Ale plusem “nadprogramowym” stało się także podciągnięcie poziomu wśród “korepetytorów” właśnie – powtórzyli oni bowiem sobie podstawowy materiał, a także wzmocnili swoje umiejętności komunikacyjne. Spostrzeżono także, że w dni, kiedy odbywały się uczniowskie korepetycje, w szkole była największa frekwencja – dzieci chciały tam przychodzić. Kolejnym plusem było ustrzeżenie się zagrożenia, jakie niosło ze sobą wprowadzenie zewnętrznych “korepetytorów”. Dalej – uczący się nie musieli obawiać się etykiety “kujona” – uczył ich przecież starszy, więc poważany kolega. Nie spodziewano się również, że znacząco zmniejszy się ilość pobić i wymuszeń dóbr materialnych. “Korepetytorzy” nie tylko nie bili swoich podopiecznych, a wręcz bronili ich przed atakiem innych. Na zebraniach szkolnych niektórzy rodzice po raz pierwszy w życiu usłyszeli z ust wychowawców dobre słowa o swych pociechach.

Nie zabrakło jednak i tragicznych wydarzeń. Jeden z uczniów zginął w bójce gangów w czasie, gdy zarabiał na swój wymarzony komputer. Jego rodzice pragnęli dwóch rzeczy: aby na grobie syna znalazł się napis informujący o udziale chłopca w akcji “douczania” i uczciwym zarabianiu na komputer, a także, by młodszy brat tragicznie zmarłego mógł przejąć wypracowane przez niego godziny i dokończyć podjęte zadanie.

Innemu z kolei chłopcu zmarła w trakcie akcji matka, która nie zdążyła wypracować koniecznych 8 godzin. Chłopak posiadał tak wielką determinację, że odnalazł dawno nie widzianego ojca i wymusił na nim prośbami dokończenie zadania. Ojciec ostatecznie postanowił podjąć wysiłek opieki nad synem.

Człowiek stary to w naszym szybko żyjącym społeczeństwie bardzo często człowiek zbędny, potrzebujący pomocy, nie wiedzący, jak zorganizować swój czas. Banki Czasu znalazły w tym obszarze wspaniałe zastosowanie. Organizacja “Partnerzy w opiece” (Partners in Care), działająca od 1993 roku w Maryland, wykorzystuje czas i energię seniorów do udzielania pomocy i opieki nad innymi seniorami.

Jasny system wymiany sprawia, że nikt nie czuje się wykorzystywany, a tym, którzy pomoc otrzymują, daje poczucie, że nie są zdani na czyjąś łaskę. Może niewiele potrafią, ale są w stanie się odwdzięczyć. Nawet człowiek przykuty do łóżka może stać się potrzebny – dzwoniąc systematycznie do samotnych osób i sprawdzając, czy dobrze się czują, czy nie potrzeba zadzwonić do kogoś innego, by zobaczył, co się z nimi dzieje.

Kobiety, które się dzielą

Dwie panie: Jane i Diana zainicjowały w Nowym Jorku ruch, w którym kobiety dzielą się swoim czasem i umiejętnościami. W ciągu kilku miesięcy do ruchu przystąpiło kilkadziesiąt pań w różnym wieku o różnych specjalnościach zawodowych. Początki były trudne. Prawie każda nowoprzybyła pani mówiła, że nie umie nic wartościowego. Dopiero wspólna rozmowa ukazywała, że każda ma co najmniej 20 umiejętności, które mogą być pomocne innym. Panie z czasem stworzyły biuletyn, takie własne “żółte strony książki telefonicznej”, zawierajace spis oferowanych usług i kontakt telefoniczny. Biuletyn posiadała każda z uczestniczek. Jeżeli potrzeba było upiec tort na urodziny – wystarczyło przewertować kilka kartek i znaleźć panią, która piecze wspaniałe torty. Potrzebna była porada prawna – inna pani oferowała takie usługi. Oferta była różnorodna: profesjonalny makijaż, fryzjer, kursy układania kwiatów, mycie okien, stolarka, nauka obsługi elektronarzędzi oraz wiele innych. Można było w prezencie urodzinowym uczynić kogoś “królową dnia” i urządzić dla przyjaciółki przyjęcie z masażem, czytaniem poezji…

Panie stworzyły inne formy dzielenia się. Organizowały dla chętnych uczestniczek ruchu warsztaty, w trakcie których przekazywały swoje umiejętności i wiedzę. Forma ta zainicjowała powstanie funduszu ze specjalnie w tym celu zbieranych składek. Z pieniędzy tych można było opłacić wybrane przez siebie szkolenie lub kurs. Aby zwrócić opłatę za kurs, wystarczyło zorganizować warsztaty dla chętnych członkiń ruchu i podzielić się zdobytymi umiejętnościami. Ważne dla pań okazały się małe grupy zawiązane w celu rozmów i pracy nad konkretnymi, dotykającymi ich problemami. Spotkania niektórych grup odbywały się regularnie nawet przez kilka lat.

Ruch “Kobiety się dzielą” jest czymś więcej niż wymianą – jest również dzieleniem się, radosnym życiem. Daje poczucie mocy, wspólnoty, pozwala odnaleźć się w nowych rolach lidera, doradcy. Niektórym paniom pozwala wyjść z izolacji, innym – zrozumieć, że kariera i niezależność nie są w życiu najważniejsze. Panie zdecydowały, że wielkość ich grupy nie przekroczy stu. Chciały znać się dobrze nawzajem i dzięki temu być sobie nawzajem bliskie. Ruch ten rozszerza się w innych miejscach Stanów Zjednoczonych.

Osoba pacjenta

Jesteśmy przywiązani do stereotypowego sposobu postępowania: jestem chory, idę do specjalisty, jestem badany, dostaję informacje, kupuję lekarstwo, opiekę medyczną i mam nadzieję, że wyzdrowieję. Odpowiedzialność za nasze zdrowie przerzuciliśmy na lekarzy i personel medyczny. Filozofia wzajemnej wymiany, na której opiera się Bank Czasu umożliwiła zmianę tego stereotypu, zwiększenie skuteczności terapii i zmniejszenie kosztów leczenia. Banki Czasu pozwoliły personelowi medycznemu na olbrzymią zmianę sposobu widzenia – pacjent przestał być postrzegany jako jednostka chorobowa, której zleca się odpowiednie leki i zabiegi, a zaczął być postrzegany jako osoba.

Przykładem może tu być działalność Centrum Zdrowia Rushey Green Health Centre w południowo-wschodnim Londynie, gdzie pacjentom, których głównym problemem jest samotność, depresja lub niedogodności z powodu starości, zamiast pigułek przepisuje się udział w Banku Czasu. Dobre kontakty z ludźmi, możliwość wspólnych spacerów, robienia czegoś z innymi lub dla innych, okazały się dla wielu skuteczną terapią.

W Richmond przy kompanii zdrowotnej Sentara skupiającej kilka szpitali, agencje pomocy domowej i pielęgniarki domowe, uruchomiono eksperymentalny trzyletni projekt “Wolontariusze udzielają opieki” (Volunteer Caregiving) oparty na idei Banku Czasu. Jednym z jego obszarów działania byli chorzy na astmę. W szczytowym okresie programem objętych było jednocześnie 142 pacjentów. Uzyskane wyniki były imponujące: spadek o 39% wizyt z powodu ataków, spadek o 80% liczby dni spędzonych przez pacjentów w szpitalu, zmniejszenie się o 74% liczby przyjęć do szpitala oraz zmniejszenie o 73% kosztów leczenia. Uczestnicy Banku Czasu przejęli na siebie montowanie alarmów w domach chorych, informację telefoniczną oraz inne usługi.

Właściwie dlaczego Banki Czasu mają tak wielką siłę tworzenia? Wyobraźmy sobie następującą sytuację: mamy wielką ochotę popływać, lecz nie mamy łódki. Czy tylko dlatego mamy rezygnować? Naszym celem jest popływać – łódka jest tylko jednym ze sposobów, który nam umożliwia realizację celu. Mamy w szopie częściowo uszkodzone deski. Możemy zbudować tratwę! Musimy tylko połączyć ze sobą deski. Bierzemy z każdej deski dobrą i mocną część… słychać stukot młotka… Wypływamy na spokojną toń jeziora.

Naszym problemem jest to, że często postrzegamy ludzi poprzez ich wady i popełnione błędy, które powoli odsuwają nas od nich. Bank Czasu wydobywa z ludzi to, co mają wartościowego, odsłania ukryte w społeczności zasoby, daje możliwość użycia tego, co każdy z nas ma cennego do służenia innym. Dzięki dobrym kontaktom i wzajemnej pomocy stopniowo buduje się społeczność wzajemnie powiązana, wspierająca się i otwarta na zmiany.

Wartość pracy

W dzisiejszych czasach praca stała się dobrem rzadkim. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Kasia, mieszkająca w małej, leżącej na uboczu wsi. Kolejne dni zlewają się w stracone na poszukiwania pracy lata, podczas których wciąż powtarzają się dwa pytania: “ile ma lat?” i “czy ma doświadczenie?”. A tu lat coraz więcej, a doświadczenie prawie żadne. Kasia szuka więc sobie zajęcia w domu, w obejściu, gdyż bezczynność to wyrzucanie sobie złych decyzji, mnożące się dolegliwości fizyczne, trudności z zaśnięciem – bo jak spać, gdy jutro jawi się nijako. Zapytana, co udział w Banku Czasu zmieniłby w jej życiu, Kasia powiedziała, że nie zapomniałaby tego, czego uczyli w szkole. Pracując dla ludzi spotykałaby się z różnymi sytuacjami, w których musiałaby sobie radzić, nabierałaby doświadczenia. W końcu ktoś potwierdziłby, że potrafi coś robić, że to, co robi, jest komuś potrzebne, ktoś jest zadowolony. Ze smutkiem stwierdziła, że w dzisiejszym świecie rządzą pieniądze albo znajomości. Skoro więc nie ma pieniędzy, to poznałaby chociaż więcej ludzi, którzy mogliby jej pomóc w znalezieniu pracy.

Andrzej zaszedł już wysoko po szczeblach kariery w dużej międzynarodowej firmie doradczej. Pieniądze, prestiż – to już ma. Większość jego życia obraca się wokół zarabiania pieniędzy. Żona również dużo pracuje. Ich syn otoczony jest przez opłacane opiekunki, nauczycieli angielskiego… W tym całym pełnym sukcesów życiu pojawia się jednak niedosyt. Andrzej mówi: “Brak mi kontaktów z ludźmi, którzy nie oceniają cię po stanie konta w banku, którzy spotykają się z tobą, robią coś dla ciebie, dlatego że cię lubią, a nie dlatego, że z tobą warto być w dobry układach”. Myśląc w ten sposób, ciągle boi się, że syn, wychowywany wśród opłacanych opiekunów, wyrośnie w przeświadczeniu, że za pieniądze można wszystko kupić. Bank Czasu? Uśmiecha się, przypomina mu się dzieciństwo, gdy mama zostawiała go z dziećmi sąsiadki, gdy pan Tadzio z drugiego piętra pomagał mu naprawiać pierwszy rower…

Dla Dagmary, matki dwójki małych dzieci, praca to okno na świat. Już prawie sześć lat “siedzi” w domu, zamknięta w kręgu tych samych czynności: na okrągło pranie, gotowanie, sprzątanie, przewijanie pieluch, konwersacje na poziomie trzylatka… Tak naprawdę obawia się, jak sobie poradzi, gdy przyjdzie szukać pracy: nie wie, czy będzie potrafiła znaleźć się wśród ludzi. Gorąco jej się robi na wspomnienie “kotlecika” na talerzyku kolegi, siedzącego obok na urodzinach u znajomych, który odruchowo… pokroiłaby w kosteczkę. Wstydzi się też wymykającej jej się ostatnio za często, polszczyzny “rodem z przedszkola”. Dusi się już w kieracie dni podobnych do siebie. Przecież tyle kiedyś umiała robić, realizowała się w działaniu, a teraz czuje się tak jakby ktoś kazał jej wyrzec się części siebie. Obiadki dla męża i dzieci, przetwory…. – prawdziwa z niej “kura domowa”. Co mógłby jej zaoferować Bank Czasu? Na to pytanie rozmarzyła się. Pogadałaby sobie z ludźmi, porobiłaby rzeczy, które kiedyś sprawiały jej przyjemność – choćby pomaganie w lekcjach dzieciom czy pisanie na komputerze, praca w ogródku. Lubi to robić. Nie robi tego, nie ma na to czasu. Mogłaby też przypilnować czyjeś dzieci, jej maluchy miałyby towarzyszy zabaw. Dzięki wypracowanym godzinom wyrwałaby się z domu, uwolniła na chwilę od garów, od dzieci po to, żeby wyskoczyć na rower, do kosmetyczki…

Powrót do korzeni

Oprócz możliwości zarobkowania praca niesie z sobą wiele innych wartości, których najbardziej świadomi są ci, którzy ją stracili lub mogli stracić. W czasach, gdy nie pracuje się tylko z powodu braku pieniędzy, Bank Czasu może dawać możliwości realizowania tych wartości.

Jeszcze jakiś czas temu na wsi było powszechne wspólne przerywanie i pielenie buraków, żniwa, wykopki. Były to pracochłonne zajęcia, które trzeba było wykonać szybko – konieczna więc była pomoc sąsiadów. Oprócz wzajemnej pomocy pomagało to utrzymać więzi – wspólne ognisko po wykopkach z kiełbasą, bigosem…

Obecnie sadzi się odmiany buraków, które nie wymagają przerywania. Środki chemiczne i kombajny znacząco zmniejszyły zapotrzebowanie na pracę ludzką, telewizor zmniejszył zapotrzebowanie na kontakty z ludźmi i wsie pustoszeją. W takiej sytuacji Banki Czasu umożliwiają powrót wartościom, które okazały się zbyt wątłe w zetknięciu z “darami cywilizacji”.

Praca nad nowym serwisem rusza!

Dosyć szybko udało nam się znaleźć grafika, który przygotuje oprawę do naszego nowego serwisu. Systematycznie będziemy powiadamiali Was o najnowszych wieściach w tej sprawie.

PS. Na stronie pojawił się Katalog usług, który znakomicie ilustruje co, i kto potrzebuje, a kto może daną usługę zaoferować. W miarę rozbudowy naszego Banku Czasu będziemy uzupełniać Tabelę umiejętności i potrzeb. Chętni do uczestniczenia w naszym przedsięwzięciu mile widziani!

Poszukujemy grafika!

Pilnie potrzebujemy grafika, który zająłby się oprawą estetyczną serwisu, który ma w niedługim czasie zastąpić obecnie oglądany przez Was blog. Jeśli ktoś byłby skory do pomocy, bardzo prosimy o kontakt mailowy. Z góry dziękujemy!

Starsze wpisy »