Wartości wyznawane przez nas, nieograniczona możliwość pomagania innym, a także poczucie własnego jestestwa mają się nijak do zabójczego sposobu, w jaki rozporządzamy naszymi pieniędzmi.
“Pieniądze to przedmiot kultu. Błądzimy nieświadomi ceny, jaką przychodzi nam płacić za bezwarunkową ufność pokładaną w wartości pieniądza. Nasz punkt widzenia, intelekt, emocje, zasady moralne, spojrzenie na to, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, ulega zepsuciu dzięki temu, że patrzymy na wszystko przez pryzmat pieniądza.”
EDGAR CHAN
Widząc rozpad społeczeństw, niesnaski rodzinne, sąsiedzką wrogość, niszczone środowisko naturalne – czujemy się bezradni, nie wiemy, jak nazwać te problemy i jak się z nimi uporać. Jedyne, co przychodzi nam do głowy, to skorzystać z powalającej mocy pieniądza, który jest przecież lekarstwem na wszystko. Pozwoliliśmy na to, żeby pieniądze wypaczyły definicję człowieczeństwa, a także ukryte w niej wartości, dzięki którym miliardom ludzi udało się przetrwać. Zniknęło zainteresowanie losem bliźniego, uczenie się na własnych błędach, wspólnota. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafimy podjąć odpowiednich kroków, aby zmienić taki stan rzeczy.
Tak jednak być nie musi. Lokalne społeczności na całym świecie wykorzystują swoje ukryte zasoby, aby stawić czoła nowym wyzwaniom. Od nas zależy to, czy zechcemy dostrzec nasze wewnętrzne bogactwo i zrobić z niego użytek. Jednym ze sposobów są “dolary godzinowe” (Time Dollars) – nagroda za poświęcenie swojego czasu komuś innemu, sposób, któremu nadałem ściślejsze znaczenie w 1980 r. nazywając go także wolnym od podatku środkiem wymiany korzyści płynących z tradycji, odpowiedzialności, działalności na rzecz innych, zaangażowania w rodzinę. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że mój projekt zostanie tak ochoczo podchwycony i znajdzie tak szerokie zastosowanie.
To właśnie te grupy, których praca była niedoceniona, odrzucana, a one same wykorzystywane do niecnych celów, dowiodły użyteczności dolarów godzinowych. Ich członkowie zaczęli postrzegać się jako współtwórcy życia społecznego, biorący udział w wielu jego aspektach i mający wpływ na bieg wydarzeń – wychowanie młodszych pokoleń, sądzenie młodocianych przestępców, edukacja zdrowotna, zagospodarowanie przestrzeni, rozwój społeczny, resocjalizacja więźniów, opieka nad ludźmi starszymi. Istotnym dowodem na użyteczność dolarów godzinowych jest zjawisko uznawane przez wielu za “nieuleczalne” i niereformowalne – edukacja publiczna.
Przywracanie odrzuconych dzieci społeczeństwu
Szkoły w Chicago cieszą się zdecydowanie najgorszą sławą. W 1995 r. burmistrz Daley zlecił naczelnemu urzędnikowi ds. budżetu – Paulowi Vallasowi, reformę systemu szkolnictwa. Osobiście ciężko było mi zrozumieć pomysł Vallasa, który zaproponował wprowadzenie do szkół 10 tys. korepetytorów spoza kadry szkolnej. Badania udowodniły, że korepetytorzy, owszem, pomogą jednostkom, ale nie zmienią systemu nauczania. Lekarstwem okazały się natomiast korepetycje udzielane nastolatkom przez nastolatki – starsze dzieci pracują z młodszymi.
Poprosiłem Vallasa o zgodę na wypróbowanie tej metody w kilku szkołach w Englewood – tych sprawiających największe kłopoty. Englewood od dawna nosi miano strefy prześladowań. Naszym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom, które przejawiały zapał do nauki, tak aby nie dosięgły ich prześladowania rówieśników. Najlepszym rozwiązaniem było zaproszenie do współpracy starszych dzieci. Obecność starszych jawiła się nie tylko jako dobre zabezpieczenie przed ewentualnymi prześladowaniami, ale także pozwalała młodszym dzieciom zdobyć akceptację i – jak się później okazało – pewien rodzaj nietykalności.
Początki były trudne – walczyliśmy z władzami, które widziały w roli korepetytorów tylko najlepszych uczniów. Zdecydowaliśmy się przyjąć każdego. Dzieci, którym spodziewaliśmy się pomóc, podzielone zostały przez reguły systemu edukacyjnego na trzy grupy, m.in. taką, do której zaliczono osoby mające trudności w nauce – wymagające indywidualnego nauczania, poświęcenia dużej dozy uwagi, pomocy przy rozwiązywaniu problemów. Podział ten okazał się dla nas nieprzydatny, gdyż frekwencja była ogólnie wysoka i wynikała z korzystnej oferty, jaką złożyliśmy młodzieży. Obiecaliśmy używany komputer każdemu korepetytorowi, któremu uda się poświęcić sto godzin swojego czasu pomagając innym dzieciom, czyli – jak to umownie nazwaliśmy – zarobić owe sto godzinowych dolarów. Jedna godzina nauki równa się jednemu dolarowi godzinowemu (waluta utworzona na potrzeby tego eksperymentu). Rząd nie nakłada podatku na walutę, która przeznaczona jest tylko do niesienia pomocy innym i zawiera moralne zobowiązanie do odwdzięczenia się. Dla Urzędu Skarbowego zwykłe moralne zobowiązanie podlega pod opodatkowanie nie bardziej niż sterta gruzu.
Na wielu dzieciach, które zgłosiły się jako wolontariusze, system edukacji już dawno postawił krzyżyk – określono ich jako niezdolnych do przyswojenia wiedzy (żeby nie powiedzieć głupich). Dzieci te doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Decyzja o przyjęciu wszystkich zainteresowanych na stanowisko korepetytorów okazała się błogosławieństwem, chociaż nie możemy sobie przypisać tej zasługi. Ci dziecięcy korepetytorzy, których szacunek wobec samych siebie praktycznie nie istnieje, patrzą na pracę domową swoich młodszych kolegów i widzą, że jest to dla nich bardzo proste zadanie. Nabierają przekonania, że skoro sami potrafią ją wykonać, to potrafią to także inni. Rezultatem owego spostrzeżenia jest to, że oczekują czegoś więcej od swoich uczniów – wyżej stawiają im poprzeczkę.
Należy pamiętać, że ci młodzi korepetytorzy byli odrzuconymi dziećmi i nagle stali się nauczycielami. W dodatku posiadają coś, czego brak prawdziwym nauczycielom – są starszą młodzieżą. Każdy dzieciak łaknie akceptacji i aprobaty od osobników niewiele, ale jednak starszych od siebie. Starsi uczynili z nauki zabawę. Od władz szkolnych dowiedzieliśmy się, że od czasu zastosowania tej metody frekwencja w szkołach znacząco wzrosła. Dzieci zaczęły przychodzić do szkoły, aby udzielać korepetycji lub z nich korzystać.
Pracę starszych możemy rozpatrywać na dwóch poziomach. Po pierwsze, akceptacja rówieśników pojawiała się automatycznie. Ustały drwiny i szykany kierowane pod adresem bystrych uczniów, przezwiska straciły swoją moc, gdyż pojawiło się coś ważniejszego – lepsze stopnie oznaczały aprobatę i przyjaźń starszych kolegów. Po drugie, prześladowania i bójki przestały mieć miejsce. Spodziewaliśmy się, że młodzi korepetytorzy nie będą zaczepiać własnych uczniów, ale nie przewidzieliśmy tego, iż nie pozwolą robić tego także innym. Nauka oznaczała ochronę. Niezłe, prawda?
Na tym nie koniec. Kilku starszych uczniów, mających do tej pory kłopoty z nauką, zaczęło otrzymywać pierwsze w życiu dobre stopnie. Starsze dzieci nie tylko ugruntowały swoją wiedzę, ale także uczyły się ról mediatorów, wymyślały programy mające na celu zachęcenie innych do nauki. Te umiejętności okazały się przydatne także w innych sytuacjach.
Widząc rozpad społeczeństw, niesnaski rodzinne, sąsiedzką wrogość, niszczone środowisko naturalne – czujemy się bezradni, nie wiemy, jak nazwać te problemy i jak się z nimi uporać. Jedyne, co przychodzi nam do głowy, to skorzystać z powalającej mocy pieniądza, który jest przecież lekarstwem na wszystko. Pozwoliliśmy na to, żeby pieniądze wypaczyły definicję człowieczeństwa, a także ukryte w niej wartości, dzięki którym miliardom ludzi udało się przetrwać. Zniknęło zainteresowanie losem bliźniego, uczenie się na własnych błędach, wspólnota. Najdziwniejsze jest to, że nie potrafimy podjąć odpowiednich kroków, aby zmienić taki stan rzeczy.
Tak jednak być nie musi. Lokalne społeczności na całym świecie wykorzystują swoje ukryte zasoby, aby stawić czoła nowym wyzwaniom. Od nas zależy to, czy zechcemy dostrzec nasze wewnętrzne bogactwo i zrobić z niego użytek. Jednym ze sposobów są “dolary godzinowe” (Time Dollars) – nagroda za poświęcenie swojego czasu komuś innemu, sposób, któremu nadałem ściślejsze znaczenie w 1980 r. nazywając go także wolnym od podatku środkiem wymiany korzyści płynących z tradycji, odpowiedzialności, działalności na rzecz innych, zaangażowania w rodzinę. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że mój projekt zostanie tak ochoczo podchwycony i znajdzie tak szerokie zastosowanie.
To właśnie te grupy, których praca była niedoceniona, odrzucana, a one same wykorzystywane do niecnych celów, dowiodły użyteczności dolarów godzinowych. Ich członkowie zaczęli postrzegać się jako współtwórcy życia społecznego, biorący udział w wielu jego aspektach i mający wpływ na bieg wydarzeń – wychowanie młodszych pokoleń, sądzenie młodocianych przestępców, edukacja zdrowotna, zagospodarowanie przestrzeni, rozwój społeczny, resocjalizacja więźniów, opieka nad ludźmi starszymi. Istotnym dowodem na użyteczność dolarów godzinowych jest zjawisko uznawane przez wielu za “nieuleczalne” i niereformowalne – edukacja publiczna.
Pozyskiwanie rodziców
Wielu rodziców z Englewood kojarzyło wezwanie do szkoły z czymś nieprzyjemnym – wiązało się to z ich osobistymi wspomnieniami, a także z doświadczeniami nabytymi podczas życia szkolnego ich dzieci. Zasady uczestnictwa w programie dolarów godzinowych wymagały zaangażowania ze strony rodziców. Żadne dziecko, które “zarobiło” sto dolarów nie mogło otrzymać obiecanego komputera, dopóki jego rodzice nie zarobili kolejnych ośmiu wykonując prace na rzecz szkoły. Uwierzcie mi, żaden z rodziców nie zaznał spokoju, dopóki nie wykonał swojej części zadania. Jednak radość rodzicielskich twarzy i wyraźna duma ze wspólnego osiągnięcia, jakim był komputer mówiły same za siebie. Jedna z matek w rozmowie ze mną zdradziła, że do tej pory wzywana była do szkoły tylko po to, aby dowiedzieć się o wybrykach swojego dziecka. Zawsze obawiała się tych wizyt. Obecnie przychodzi tu i z dumą obserwuje, jak jej dziecko pomaga młodszym.
Matka jednego z uczniów zmarła zanim udało mu się zapracować na wymarzony komputer. Pozostały mu tylko dwa miesiące do osiągnięcia upragnionego celu. Chłopiec był tak zdeterminowany, że rozpoczął poszukiwania ojca (nie widział go sześć lat), aby ten dokończył rodzicielską część zadania. Ojciec, dumny z tego, że może pomóc synowi, zarobił brakujące dolary godzinowe. I na tym nie poprzestał – postanowił sprostać obowiązkom rodzica i zaopiekował się swoim dzieckiem.
Podczas pierwszego roku trwania eksperymentu, w wojnie gangów zginął nasz uczeń. Jego rodzice poprosili nas o dwie rzeczy – chcieli, aby wszyscy wiedzieli, że był jednym z korepetytorów, że uczciwie zarabiał, aby zdobyć komputer. Byli pewni, że tak właśnie chciałby być zapamiętany. Prosili także o to, abyśmy pozwolili ich młodszemu synowi dokończyć dzieło starszego. Pragnęli, aby młodszy syn przejął w spadku zarobione przez brata pieniądze i aby swoją pracą dokończył podjęte zobowiązanie. Ciężko stwierdzić, co wzruszyło nas bardziej – triumf czy rozpacz rodziców.
Komputer nie jest tu jednak po prostu nagrodą – tkwi w nim głębszy sens. Zebraliśmy stare komputery z ośrodków wojskowych, agencji ubezpieczeniowych, kancelarii adwokackich i wielu innych instytucji, które pozbywały się starego sprzętu komputerowego. Te bezużyteczne komputery pomagają budować most pomiędzy tymi, którzy już je mają, a tymi, którzy bardzo chcieliby je mieć.
Prawdziwą nagrodą nie jest komputer, ale przesłanie zawarte w całym eksperymencie – “Pomagając innym, tworzysz dla siebie lepszą przyszłość”. Jednocząc odrzucone dzieci i ich rodziców za pomocą starych komputerów, poprzez całą akcję tworzymy prawdziwe społeczeństwo nieznające ograniczeń. Dzieci, komputery i rodzice to machina napędowa całego eksperymentu.
Program dolarów godzinowych skupiał się nie na tym, czego w społeczeństwie brakuje, ale na tym, co w nim jest, z czego możemy zrobić użytek. Dzieci nie były tu materiałem do selekcji, przedmiotem naprawy, handlu. To one były producentami, zarządcami, nauczycielami, mentorami. Zapewniono im uczciwą transakcję: komputer – symbol aprobaty i akceptacji tak dla nich ważny, że stawały na głowie, aby pozyskać rodziców dla akcji, a także nowych przyjaciół – korepetytora, który był ich przewodnikiem lub ucznia, nad którym rozciągali opiekuńcze skrzydła. Program ten pozwolił wydobyć z ludzi ich wewnętrzne bogactwo – z ludzi odrzuconych przez własne społeczeństwo.
Program ten nie został stworzony tylko dla dzieci. Dowodem na to jest historia dwojga emerytów mieszkających w tym samym bloku, którzy bez dolarów godzinowych pewnie nigdy by się ze sobą nie zetknęli. Obecnie wykonują drobne naprawy pewnej uroczej staruszce, która odwdzięcza się im sytymi posiłkami serwowanymi na swoim najlepszym serwisie porcelanowym. Siedząc przy nakrytym stole często żartują, że taki posiłek chroni ich przed stołowaniem się w McDonaldzie.
Do utworzenia dolarów godzinowych skłoniło mnie wewnętrzne przekonanie, że w ludzkości drzemie ogromny potencjał. Musimy nim dobrze pokierować wypełniając zadania niezbędne do utrzymania naszego gatunku przy życiu – musimy wychowywać dzieci, współtworzyć społeczeństwo, opiekować się starszymi. Musimy odrzucić prywatę na rzecz zaufania, wzajemnych działań, osobistego zaangażowania. To właśnie chciałem osiągnąć.
W poszukiwaniu zapomnianych wartości
Prawdą jest, że pomysł dolarów godzinowych narodził się pod wpływem gniewu. Uznałem, że nadszedł czas, aby wykonać pierwszy krok na drodze do lepszego, wspólnego jutra. Koniec z wyobcowaniem, z rezygnacją z życia rodzinnego i sąsiedzkiego na rzecz chorej pracy dla wszechpanującej Królowej Mamony. Jej miejsce należy się rodzinie, wspólnocie ludzkiej.
Program dolarów godzinowych pozwala nam spojrzeć z boku na to, jak bardzo pieniądze zawładnęły naszym światem. Pieniądze wypaczyły nasz pogląd na innych ludzi, na ludzką naturę, na wartości etyczne. Spojrzenie z boku pozwala dostrzec, jak dalece pieniądze ingerują w nasze życie, do jakiego stopnia manipulują nami.
W świecie niespotykanych możliwości technicznych nie musimy się godzić na deptanie ludzkości, jakiego ciągle doświadczamy. W świecie, który ceni etykę pracy i samą pracę, możemy wykorzystać każdą jednostkę do tworzenia wspólnego dobra. W takim świecie każdy z nas ma prawo nieść pomoc innym, krzewić dobro, a także rozwijać się. Nadszedł czas na ponowne narodziny świata, w którym wszelkiego rodzaju cierpienie nie będzie miało miejsca.
tłum. Katarzyna Mituta
Artykuł pierwotnie ukazał się w piśmie “Yes! Magazine” nr 23, jesień 2002. Przedruk za zgodą redakcji.
Za pismem: Obywatel nr 4/2003